Motylek. Katarzyna Puzyńska

017-motylekModa na thriller i kryminał trwa w najlepsze, a ja zdecydowanie nie mam nic przeciwko niej, choć im więcej ich czytam, tym silniejsze jest we mnie przekonanie, że to sztuka znaleźć wśród tego zalewu prawdziwe perły, które nie tylko dostarczają rozrywki, ale też są po prostu dobrymi książkami.

Czy debiutancka powieść młodej pisarki Katarzyny Puzyńskiej, pierwszy tom serii o policjantach z Lipowa, to właśnie taka perła? Cóż, gdyby oceniać po tempie w jakim wydawane są kolejne tomy, można by założyć, że tak. Siedem tomów sagi w zaledwie dwa lata to dość dużo – jej proza musi mieć zatem wzięcie. Nie raz już się jednak przekonałam, że to co bardzo poczytne, nie zawsze trafia w moje gusta. 

Uwaga! Dalsza część wpisu zdradza ogromną ilość fabuły powieści! ZDECYDOWANIE nie należy jej czytać przed lekturą książki.

Choć sama od czasu do czasu piszę o książkach, staram się nie nie wiedzieć zbyt wiele o danym tytule, dopóki się za niego nie zabiorę. Nie zamykam się zupełnie, bo wtedy nie miałabym pojęcia co się dzieje na rynku wydawniczym, ale uważnie interesuję się daną książką, jej autorem i jego dorobkiem dopiero po skończonej lekturze, niekiedy w jej trakcie. Kiedy wyrabiam sobie opinię nie chcę sugerować się zbyt szczegółowymi recenzjami, lubię za to ją potem konfrontować z innymi.

Pierwsze wyraźne spostrzeżenie, jakie nasunęło mi się po przebrnięciu przez kilkadziesiąt stron Motylka przybrało formę następującej myśli: słabo, podróba, Camilla Läckberg z polskiej wsi. Potem znalazłam oczywiście szereg artykułów promujących Katarzynę Puzyńską jako polską Läckberg, wschodzącą gwiazdę kryminałów z mocnymi wątkami obyczajowymi na rodzimej scenie literackiej. To jednak co wydawcy i agencje promujące polską pisarkę wykorzystały jako atut, mnie wydało się tanie. Tanie do bólu, ponieważ odniosłam wrażenie, że pewne elementy z sagi o morderstwach we Fjällbace zostały po prostu zerżnięte bez najmniejszej refleksji i tylko przebrane w swojskie imiona i mentalność oraz umieszczone w wiejskim posterunku policji.

Drugie wrażenie, jakie odniosłam czytając Motylka, to że w ciągu około dwóch tygodni trwania akcji książki przez niewielką wieś i z udziałem zaledwie kilku jej mieszkańców przeszło tyle obyczajowych tornad, że autorce wystarczyłoby pobocznych wątków na wszystkie swoje dotychczas wydane powieści (których jeszcze nie przeczytałam). Czytelnik jest świadkiem takiej ilości patologicznych wydarzeń na raz, że nie wie na czym powinien się skupić. Na alkoholizmie aspiranta Rosoła, czy może na jego synu chuliganie? A może na jego piętnastoletniej, puszczalskiej i nie grzeszącej inteligencją ciężarnej córce oraz jej aborcji, czy może kochanku owej córki, koledze z pracy jej własnego ojca, który nie tylko uprawia seks z piętnastolatką, ale też terroryzuje i bije swoją żonę Grażynę i piątkę dzieci? A może na pojawiającej się nie wiadomo w zasadzie po co Weronice Nowakowskiej, warszawiance która po rozwodzie z mężem kupuje w Lipowie niewielki dworek, użala się nad sobą i jak się okazuje nie pełni w powieści żadnej roli –  nic nie uzasadnia jej obecności poza żenującym wątkiem romantycznym przy udziale głównego bohatera – trzydziestoparoletniego policjanta, młodszego aspiranta Daniela Podgórskiego, którego matka, notabene prowadząca sekretariat posterunku, pasie domowymi obiadkami i ciastami? A może na karykaturalnie nakreślonych bogacach Kojarskich, ze wszystkimi ich brudnymi tajemnicami, którzy zachowują się jak żywcem wyjęci z opery mydlanej Moda na sukces? Mogłabym tak wyliczać bez końca – mnogość zaczętych, potraktowanych pobieżnie i zakończonych bez większego sensu motywów przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania, przytłoczyła i pozostawiła zdezorientowaną. Z każdym kolejnym wątkiem miałam nadzieję, że to jest właśnie ten, który będzie miał jakieś znaczenie, ale nie. Żaden z nich nie miał.

Trzecie, na co zwróciłam uwagę to nienaturalne, sztywne dialogi i płascy, jednowymiarowi bohaterowie – tu albo ktoś jest dobry, albo zły – oraz maniera pisarki do nadużywania denerwujących mnie zabiegów stylistycznych, jak zaczynanie kolejnych podrozdziałów zawsze w stylu: młodszy aspirat Daniel Podgórski obudził się w ciepłym łóżku, młodszy aspirant Daniel Podgórski podrapał się w brodę, młodszy aspirant… Analogicznie, jeśli dany fragment dotyczył innego bohatera. I tak przez całą książkę. 
To co drażni mnie w polskich książkach w ogóle, a w Motylku jest dość wyraźne, to imiona i sposób, w jaki są używane przez bohaterów oraz wspomniane sztuczne, wymuszone dialogi. Doprawdy, dość mam już Mareczków, Danielków, Dareczków itd. Kto tak mówi? Dlaczego kumpel mówi do kumpla w stylu „Mareczku, czy wszystko jest w porządku? Wydajesz się czymś zaniepokojony”, a nie „Stary, co jest?”. Ilekroć na scenie pojawiała się kolejna osoba, mniej lub bardziej (lub w ogóle) uwikłana w intrygę, miałam wrażenie, jakby ich sposób wypowiadania się był przygotowywany na potrzeby Trudnych spraw

Czwarta rzecz, o której muszę wspomnieć zanim przejdę do plusów (a są i takie), zostawiając już kwestię bardzo słabego warsztatu językowego i braku konsekwencji w prowadzeniu wątków przez Puzyńską, to odniosłam wrażenie, że autorka swoją wiedzę kryminalistyczną czerpie jedynie z innych powieści kryminalnych. Chyba zabrakło eksperta, który podzieliłby się z autorką bardziej profesjonalną wiedzą z tego zakresu, podrzuciłby jakąś slangową nomenklaturę.

Na koniec muszę jednak dodać, że mimo wielu wad, słabej narracji i sztywności bohaterów, jest to książka, która wciąga. Główna intryga, przeplatana retrospekcjami i fragmentami, gdzie narratorem jest zabójca, jest niezła. Dość zgrabnie poprowadzona zagadka mnie usatysfakcjonowała, nie domyśliłam się jej rozwiązania, mimo lekkiej amatorszczyzny prowadzącego śledztwo Podgórskiego. Po zastanowieniu na plus oceniam też komisarz Klementynę Kopp (mimo tandetnego imienia, które jest ukoronowaniem jej dziwactw) – jedyną mocną i naprawdę wyrazistą postać powieści. Choć potrafi być wkurzająca i jest ciut przerysowana, byłabym ukontentowana, gdyby to ona była trzonem książki Puzyńskiej, a nie sympatyczny i nieco gapowaty Daniel.

Jak ocenić tak pełną sprzeczności książkę? Czy można wydać jej jednoznaczną opinię? Choć książka jest napisana słabo, czyta się ją szybko i mimo wszystko z zainteresowaniem. Gdyby przymknąć oko na cały ten stylistyczny koszmarek, to czytając po Motylka nie bawiłam się najgorzej. Nie sądzę, bym była w stanie wciągnąć całą sagę o lipowskich stróżach prawa nosem, jak zrobiłam to z książkami Camilli Läckberg. One też mają swoje mankamenty zarówno fabularne, jak i językowe. Nie jest to literatura kryminalna najwyższych lotów, jednak stoi zdecydowanie wyżej niż Motylek.
Najuczciwszą oceną niech będzie fakt, że Motylek nie zniechęcił m nie do pozostałej twórczości Katarzyny Puzyńskiej. Tak, udam się jeszcze do Lipowa. Chcę dać autorce szansę, bo widać, że ma potencjał. Jeśli zabraknie mi literackich uniesień, poczytam innego rodzaju książki, innych autorów. Wciąż wierzę, że są gorsze rzeczy w życiu, niż czytanie średnich powieści.


I.  Fabuła                        3 pkt.
II. Bohaterowie             2 pkt.
III. Narracja i język        2 pkt.
IV. Emocje                      3 pkt.
V. Kreacja świata           3 pkt.

Ocena: 5/10

Reklamy

2 thoughts on “Motylek. Katarzyna Puzyńska

  1. Pingback: Więcej czerwieni. Katarzyna Puzyńska | Przeczytałam książkę

  2. Pingback: Trzydziesta pierwsza. Katarzyna Puzyńska | Przeczytałam książkę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s