Moli książkowych ból d… zadniej części ciała

Kiedyś na topie były internetowe fora, dziś o wiele większe triumfy święcą fanpejdże i tematyczne grupy na Facebooku, gdzie niekiedy całe tysiące użytkowników udzielają się w interesujących ich tematach. Nie brakuje grup o macierzyństwie, gotowaniu, szydełkowaniu czy wszelkich innych aktywnościach i życiowych sprawach.  Wszystko co tylko przyjdzie człowiekowi do głowy, włączając w to pasję do czytania książek. I jak to bywa w każdej tego typu grupie, niezależnie od formy, członkowie połączeni wspólnymi zainteresowaniami dzielą się na frakcje, dziwując wzajemnie jak można to, jak można tamto?! Wśród morza niekonstruktywnych przytyków, pole do dyskusji znajdzie się tam niezbyt często. A i ta zazwyczaj wydaje się być co najmniej czcza, bo jak przekonać nieprzekonanego?

Ja sama do jednej z takich grup należę, choć niespecjalnie się udzielam. Jestem najgorszym sortem użytkownika – cichym obserwatorem, który nie komentuje, nie dolewa oliwy do ognia, a potem smaruje quasi-felieton, w którym sugeruje, by niektórzy z zadniej części ciała wyjęli kij i posmarowali stosowną maścią, aby mniej bolało. Ciekawi moich wniosków?
Za polityczną niepoprawność i wszelkie inne grzechy szczerze żałuję i nadmieniam, że tekst ten nie ma na celu obrażania czyichkolwiek poglądów.

JAK MOŻNA W BIEDRONCE?!
Mleko, ser i mielonka w plastrach, rozmrażany w piecu chleb jak za dawnych czasów, pasztet, pomarańcze w promocji, płyn do mycia muszli klozetowej i Amarena, a wśród tego wszystkiego one – książki. Jak można?! Jak można książki w Biedronce?!
Przeciwników kupowania książek w popularnym dyskoncie jest równie wielu, co zwolenników, co rusz chwalących się zdjęciami książkowych stosów skompletowanych ze zdobyczy z biedronkowej oferty. Ci pierwsi sarkają, że to niegodne kupować książki na jednym paragonie z papierem toaletowym i mielonym na kotlety, drudzy euforycznie dzielą się informacjami o upolowanych bestsellerach. Są jeszcze w tej dyskusji interlokutorzy, dla których nie dość, że dyskont książki niegodny, to jeszcze zwracają uwagę, że nieszczęsna Biedronka raczej niewiele ma do zaoferowania: wydania kieszonkowe, KIESZONKOWE!, ohyda!; niskich lotów czytadła nikomu nieznanych autorów z podejrzanych wydawnictw i brak jakiejkolwiek literatury wysokiej – esejów, poważnej literatury faktu i publicystyki – co dyskwalifikuje sieć jako godnego uwagi źródła książek.
Ej, ludzie… Wy tak serio? Czy naprawdę ta sama książka jest lepsza, więcej warta, jeśli kupiłam ją w księgarni za cenę okładkową, niż w Biedrze za 30% mniej moich w znoju zarobionych pieniądzy? Czy to, że na paragonie oprócz książki miałam płyn do mycia naczyń i jogurt sprawi, że książka mniej mi się spodoba? I dalej – czy narzekanie, że sieć nie oferuje literatury kierowanej do wąskiego grona odbiorców jest w ogóle uzasadnione? Czy ktoś, kto marudzi, że w Biedronce nie ma żadnych poczytnych autorów z czołowych wydawnictw, w ogóle kiedykolwiek tam był?!
Jak dla mnie sam fakt, że książki w Biedronce są już stałym elementem oferty, jest godny podziwu. To oznacza, że działa – książki się sprzedają i sprowadzają do sklepów klientów, którzy może nawet nie kupią tej książki, ale prawdopodobnie kupią inne produkty. W kraju, w którym co rusz załamujemy ręce nad stanem czytelnictwa, Biedronka sprzedaje książki. I to w cenach znacznie bardziej akceptowalnych niż świątynia literatury – księgarnia.
Nie narzekałabym też na oferowane tytuły. Na stojakach z książkami zainteresowany czytelnik naprawdę znajdzie bestsellerowe powieści i poradniki, książki kucharskie i podróżnicze, fantastykę, kryminały i thrillery. Dziś kupując pałki z kurczaka rozważałam również zakup takich tytułów jak Król Twardocha i Wzgórze psów Żulczyka, w oczy rzuciła mi się nowa książka Pauli Hawkings oraz Charlotte Link i Harlana Cobena. Pełnowymiarowe wydania, wybrane również w twardej oprawie, dokładnie takie same jak w Empiku. Tylko taniej. I do Empiku nie trzeba jechać ani do galerii handlowej. In your face…

JAK MOŻNA EBOOKA?!
O tym, co moim zdaniem robi się z książkami już ongiś pisałam i swoje zdanie podtrzymuję. Jednak niekończące się spory o wyższości książki papierowej nad elektroniczną nie przestają spędzać snu z powiek zatwardziałych czytelników.
Powiem tylko tyle i aż tyle: książki się czyta. A zatem kij wyciągamy i namaszczamy stosowną maścią właściwą część ciała.

JAK MOŻNA GREYA?!
Niekończąca się dyskusja chyba najbardziej dzieląca czytelników w ogóle. Dyskusja w której samo czytanie przestaje być ważne i wartościowe, bo kto czyta Greya w ogóle nie zasługuje na miano prawdziwego czytelnika. Prawdziwy czytelnik nie zniża się do zachwytu nad literaturą popularną, a Greya i Zmierzch przeczytał wyłącznie, o ile w ogóle, aby się znudzić, zniesmaczyć, zgorszyć, załamać i utwierdzić w przekonaniu, że to chłam, dziadostwo, syf, kiła i mogiła.
A ja przeczytałam i Greya,Zmierzch, i jeszcze parę innych złych książek w życiu i świetnie się przy tym bawiłam. Nie mam żadnego problemu w trzymaniu Pięćdziesięciu twarzy Greya na tym samym regale, co moją kolekcję książek wybitnych i uhonorowanych najważniejszymi nagrodami powieściopisarzy. Deal with it.

EJ, WARTO?
Ej ludziska, dzisiaj kupiłem „Dwie wieże”, warto?
Po cholerę pytasz, skoro już kupiłeś? To po pierwsze. Po drugie, czy naprawdę opinia zgrai przypadkowych ludzi jest tu wiążąca i cokolwiek ci da? Spośród stu komentujących, połowa powie, że świetna, druga połowa przyzna, że słaba. Zalajkujesz i tak te odpowiedzi, które pochwalą twój wybór. Może nawet przy okazji swoim postem wywołasz wojenkę między wyznawcami Tolkiena, którzy wyleją ci na głowę wiadro pomyj, bo najpierw powinieneś przeczytać Drużynę pierścienia, ty niedouczony ignorancie (whatever…), a hejterami, dla których Frodo i Sam to frajerzy, a elfowie z Rivendell to irytujące i zarozumiałe bufony. WHATEVER! Nie dowiesz się, jeśli nie przeczytasz.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o gorzkie żale i uwieranie tego i owego. Na koniec powiem tylko: czytajcie książki, ludzie. Książki są fajne.

Reklamy

SZYBKI PRZEGLĄD #1: Nocny stalker, Margo, Dziennik kasztelana i Młyn do mumii

Czytam wiele książek, lecz nie o wszystkich piszę – czasem z braku czasu, czasem z braku nastroju, czasem zdania nie przychodzą – nieważne czy książka była świetna czy nie. Każda jednak zasługuje, by o niej wspomnieć. Choćby w kilku zdaniach. 


Nocny stalker, Robert Bryndza

Drugi tom serii kryminalnej brytyjskiego pisarza z inspektor Eriką Foster w roli głównej. Trzymająca w napięciu i pełna zwrotów akcji, nieźle skonstruowana intryga sprawia, że książkę czyta się bardzo dobrze. Nie nudzi i nie męczy, a atmosfera dusznego, upalnego Londynu oblepia czytelnika. Po lekturze tej książki wraca strach przed tym, co czai się w mroku, przed potworami kryjącymi się pod łóżkiem. I chociaż główna bohaterka nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym na tle innych bohaterów poczytnych kryminałów, to mocna kobieca postać, którą warto poznać. Czytelnik będzie miał ku temu okazję, biorąc pod uwagę, że autor stosunkowo mocno skupia się na szczegółach z życia bohaterów, których poznaliśmy w poprzedniej książce.
Choć nie jest to żadna wybitna proza, Robert Bryndza pisze całkiem przyzwoicie i z niecierpliwością czekam na kolejne śledztwa inspektor Foster. Jeśli podobała się Wam Dziewczyna w lodzieto z pewnością będziecie dobrze się bawić także przy Nocnym stalkerze. Gęsia skórka gwarantowana.

Ocena: 6/10

 

***

 

Margo, Tarryn Fisher

Po Margo amerykańskiej pisarki Tarryn Fisher sięgnęłam ze spontanicznym zainteresowaniem, a książka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.
Opowieść o dorastaniu w murszejącym miasteczku, bez perspektyw i możliwości, których potrzebują młodzi ludzie, z matką pogrążoną w depresji, która od lat praktycznie nie odzywa się do swojej córki – jest przytłaczająca i fascynująca zarazem. Kiedy poznałam Margo, budziła we mnie sympatię pomieszaną z litością i współczuciem. To wrażenie ewoluowało, zmieniło się podziw i fascynację, które w końcu przerodziły się w przerażenie.
Margo to wciągająca i budząca niepokój lektura. Właśnie ten niepokój towarzyszył mi przez całą książkę, rosnął rozdział za rozdziałem. Czytelnik nie znajdzie tu wartkiej akcji pełnej niespodziewanych zwrotów, jednak opowieść skonstruowana jest tak, że trudno się od niej oderwać.
Nie jest to typowa powieść młodzieżowa, tym bardziej warto ją przeczytać i przekonać się samemu co czai się w duszy Margo. Co czai się w duszach nas samych?

Ocena: 7/10

 

***

 

Dziennik kasztelana, Evžen Boček

Po lekturze Ostatniej arystokratki i Arystokratki w ukropie zeszłego roku wiedziałam, że nie mogę się doczekać kolejnych książek czeskiego pisarza Evžena Bočka.
Nie wahałam się ani chwili, kiedy w katalogu Legimi zobaczyłam Dziennik kasztelana.
Podobnie jak dwie poprzednie książki, ta również skrzy się humorem i nie brakuje w nich absurdalnie niecodziennych wydarzeń, niekiedy bardzo dramatycznych, które jednak przedstawione są w tak uroczy sposób, że nie da się tej książki nie pokochać.
Zaśmiewałam się w głos, bałam się szczerze jak też potoczą się bardziej dramatycznej wątki, wzruszyłam na zakończenie. Wyborna lektura, wspaniale spędzone kilka godzin – pierwszorzędna rozrywka. Jestem wielką fanką Bočka i wszystkim serdecznie polecam, bo czytanie Dziennika kasztelana to czysta przyjemność.

Ocena: 8/10

 

***

 

Młyn do mumii, Petr Stančík

Bardzo specyficzna, dziwna książka. Z jednej strony wciągająca, z drugiej odpychająca. Z chwilami ciekawa, zasadniczo ciągnąca się jak flaki z olejem. Wszystkiego jest tu dużo, prawdziwy nadmiar wszystkiego, co tylko pojawia się na kolejnych kartach książki.
Wzbudziła we mnie wiele sprzecznych emocji. Doceniłam wątek kryminalny i zwyczaje komisarza Durmana, które wpisują się chociażby w styl życia tak lubianych przeze mnie Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego -bohaterów naszego mistrza kryminałów retro, Marka Krajewskiego. Panowie z Lwowa i Wrocławia z pewnością upodobaliby sobie wizytę w Pradze mając Durmana za przewodnika. Nie kupuję jednak całości, a może zwyczajnie nie rozumiem niektórych literackich zabiegów i konwencji, w jakiej porusza się autor powieści. Nie odnalazłam w niej nic zachwycającego, niewiele w niej wyniosłam poza wrażeniem, że mogłam w tym czasie przeczytać przynajmniej dwie o niebo przyjemniejsze książki.
Osobiście jestem na nie.

Ocena: 3/10

Gra Endera. Orson Scott Card

Cel wojny może być sprawiedliwy, ale środki nigdy.*

Kiedy ludzkość znajduje się w prawdziwym niebezpieczeństwie, podejmuje kroki, jakie do głowy by nie przyszły nikomu w czasie pokoju. Ludzkość zjednoczona w obliczu prawdziwego wroga, ludzkość pod rządami jednej władzy, pod opieką jednej Międzynarodowej Floty, musi wydać na świat tego, który wygra wszystkie przyszłe bitwy. Geniusza, ponadprzeciętnie inteligentnego, który zrobi to, co trzeba niezależnie od konsekwencji, aby ocalić swój gatunek przed zagładą z rąk obcych najeźdźców.
Nie będzie drugiej szansy, nie będzie przegranych – na polu walki pozostaną tylko zwycięzcy. My lub oni.

Andrew Wiggin, trzeci syn dwojga niezwykle inteligentnych rodziców, spłodzony na zamówienie wojska, które rozpaczliwie potrzebuje zwycięzcy, jest poddawany wnikliwej obserwacji poprzez specjalny czujnik zamontowany u podstawy czaszki. Ma ledwie kilka lat, a każda chwila jego życia jest głęboko analizowana. Jego starszy brat okazał się zbyt agresywny, siostra zbyt łagodna. On sam ma być idealną wypadkową, jedyną nadzieją, wybrańcem, który zwycięży. Jeśli okaże się tym, którego szuka Międzynarodowa Flota, być może ludzkość przetrwa. Oni jednak odbierają mu czujnik, nie mówiąc przy tym, że to dla niego ostateczna próba, od której zależy przyjęcie do Szkoły Bojowej.

Nic co wcześniej wiedziałam o Grze Endera nie przygotowało mnie na historię, którą przeczytałam.

Uwaga! Dalsza część wpisu może zdradzać elementy fabuły.

Czytaj dalej